piątek, 13 września 2013

Chapter 29


      Gdy Trevor wyszedł z pokoju zaczęłam się szarpać w sznurach z nadzieją, że poluzują się choć trochę. Nie wiem czy ta nadzieja miała jakiekolwiek szanse, ale zawsze można było spróbować. To tylko sznury. Po pewnym czasie pewnie ustąpią mi. Kiedyś w końcu powinny. Kilkunasto minutowe szarpanie ich w każdą stronę zaczynało dawać efekty. Sznury lekko popuszczały. Lecz przez ten czas nie było za wesoło za drzwiami. Co chwila coś trzaskało i można było usłyszeć jęki. Domyśliłam się, że moje wymarzona odsiecz nie miała zbytnich szans z Trevorem i Theo. Do moich oczy napłynęły łzy, gdy wyobraziłam sobie, któregoś z chłopaków bitego lub chociażby związanego. To łamało moje serce. Przyjaciel, który cierpiał przeze mnie. Jeśli by tak się stało nie mogłabym sobie tego wybaczyć. Nagle trzasnęły drzwi usłyszałam jakby ktoś ciągnął duży worek lub nie daj boże jakąś osobę po ziemi.
  - Theo kutasie pomóż mi – Trevor wydarł się. Kolejne trzaśnięcie. Zaczęłam histerycznie szarpać sznur. Chciałam się uwolnić. Teraz, zaraz.
  - Kurwa Trevor gdzie masz ten sznur ?! Pewnie wszystkie użyłeś na tę małą kurwę
  - To nie jest kurwa! – syknął. Jad wychodzący z jego głosu można było poczuć, aż tu. On naprawdę wierzył, że należę do niego. Normalna osoba po straceniu ukochanej osoby była by smutna, przybita jakiś czas. Chodziła bez humoru po zobaczeniu tej osoby z innym. Trevor zachowywał się jak psychopata. W kółko powtarzał, że należę do niego. Robił ze mną co chciał i traktował zupełnie bez szacunku. Jak dla mnie był psychicznie chory i to bardzo. Tego nawet wyleczyć by się nie dało. W dodatku mieszanki alkoholu i narkotyków jakie zażywał codziennie wplątywały go bardziej. Był stracony. Dla mnie jak i dla reszty świata. Nie dało się go uratować. Może nie jestem psychologiem, ale moje wizyty w gabinecie dały mi kilka lekcji na temat ludzkiego rozumu i spokojnie mogłam dziś stwierdzić to co wcześniej. Dla niego jest już za późno.

      Szarpanie sznurów dało mi wymarzony efekt. Potrafiłam wyswobodzić ręce z mocnych wiązań , a następnie uwolnić i nogi. Odziana jedynie w bieliznę podbiegłam do okna. Starałam się otworzyć je kilkanaście sekund. Nic to nie dało. Podbiegłam do przeciwległego. Także identyczny efekt. Byłam stracona. Podeszłam powolnymi krokami do drzwi. Usłyszałam dość niewyraźną rozmowę z blondynem. Zdziwiło mnie to. Wcześniejsze krzyki chłopaka i Theo można było usłyszeć w nadmiar wyraźnie.

  - Nie wierć się Brooks. Nic ci to nie da – Brooks ? Zadałam sobie prawie bezdźwięcznie pytanie i przysłuchiwałam się dalej rozmowie. Chciałam wyczuć moment by wejść w takim momencie, który da mi większe szanse
  - Gdzie Corin ?! – Akcent Lu był wyczuwalny w każdej literce, którą wypowiadał. Pomimo sytuacji w jakiej się znajdowaliśmy jego głos sprawiał, że przez moje ciało przechodziły dreszcze, a żołądek przeżywał swój prywatny huragan Katrina. Nie wiem co ten chłopak w sobie ma, ale nie potrafiłam inaczej. Niszczył moją świadomość istnienia i to całkiem nieświadomie.
  - Czeka na mnie. Nawet nie wiesz jak seksownie wygląda w samej bieliźnie – słowa blondyna przywróciły mnie do świata żywych. On tu szedł i to pewny siebie.
  - Trevor frajerze! – zanim klamka drzwi została naciśnięta usłyszałam jęk jak gdyby ktoś go uderzył. Moje pięści ścisnęły się. Gdy drzwi zostały otwarte ja uderzyłam w nie z całej siły przez co Trev upadł na ziemie lekko oszołomiony. Ja wybiegłam ile sił z pokoju i podbiegłam do nieprzytomnego Luke’a.
  - Luke ! Luke! – panicznie krzyczałam uderzając go w policzki z nadzieją, że zaraz się obudzi. Zaczęłam krzyczeć coraz głośniej. Jego powieki delikatnie zaczęły się poruszać, ale zanim otwarł je całkowicie poczułam czyjeś dłonie w pasie.
  - Skarbie jeśli chciałaś przy kimś to zrobić wystarczyło powiedzieć – Jedną ręką trzymał mnie wystarczająco silnie bym nie mogła mu uciec za to drugą zaczął rozpinać spodnie. Luke otrzeźwiał całkowicie.
  - Przestań ! – szarpałam się w każdą stronę. Uderzałam go pięściami gdzie tylko potrafiłam. Jednak nic to nie dawało, a wręcz go rozbawiało. Luke szarpał się na krześle, ale i to było po chwili wstrzymane, gdyż Theo przyłożył mu pistolet do skroni.
  - Nie ruszaj się skurwielu mały i patrz – syknął dredziarz i z dumą patrzył na poczynania wspólnika. Ten nie tracił czasu. Gdy spodnie wraz z bokserkami znalazły się na ziemi zabrał się za mnie. Położył mnie na ziemi przyciskając swoim ciałem. To był najgorszy kontakt świata. Tyle razy wyobrażałam sobie jak to będzie wyglądać. Zawsze w mojej wyobraźni widniał obraz mojej sypialni, świec, kadzidełek i romantycznego klimatu. Chciałam by to wszystko miało w sobie jakąś cudowną magię. By chłopak był delikatny. Niewinny. Czuły. W zamian za moje marzenia otrzymałam psychopatę w ruderze i nachalny seks. Jego usta łapczywie całowały moją szyję, robiąc na niej malinki jedna, po drugiej. Jedną dłonią objął mnie w talii bym mu nie uciekła, a drugą zaczynał dobierać się do dolnej części bielizny. Wsunął dłoń pod moje majtki i powoli napawając się swoją psychiczną fantazją ściągał mi je. Z każdą sekundą zaciskałam nogi coraz bardziej. Przekręciłam twarz w prawą stronę by spojrzeć na Lu. Płakał. Tak jak ja. Był cały czerwony i sparaliżowany przez przystawioną broń. Powiedział nieme „ Kocham cię”. Zrobiłam to samo. Nie byłam tego pewna, ale nie potrafiłam kłamać. Mój mózg chyba nieświadomie uwolnił we mnie to co do niego czułam. Odpychałam jego klatkę piersiową, a resztą ciała starałam się odsuwać od nachalnego osobnika. Odchylałam twarz, gdy ten zbliżał się z pocałunkami do niej. Przesuwałam biodra i nogi, gdy chciał na nie położyć dłoń.

  - Skarbie jestem lepszy od tego frajera – mruknął przy uchu przerywając kolejną malinkę.
  - Nigdy nie będziesz od niego lepszy szmaciarzu – zebrałam w sobie wszystkie siły i uderzyłam kolanek w jego krocze z całej siły. Chłopak zwinął się zsuwając na podłogę z mojego ciała. Wykorzystałam moment i wstałam wciągając na ciało bieliznę, która była w połowie ud. Lecz ledwo co wstałam, a już byłam na celowniku drugiego z ćpunów.
  - Nie ruszaj się szmato – Theo podszedł o do mnie i wykorzystując sytuację złapał mnie za piersi i usadził na drugim krześle. Przywiązał mnie do niego i postawił tak bym była centymetry od Brooksa, ale nie mogła go dotknąć. Podszedł do Trevora zakładającego spodnie i zaprowadził go w kąt i zaczęli o czymś z nim dyskutować.
  - Lu ja przepraszam byłam taka głupia myśląc… - chłopak przerwał mi pociągając nosem.
  - Cors uspokój się mamy małe szanse by się stąd wydostać – rozejrzał się po pomieszczeniu.
  - A chłopcy ? – szybko spytałam na tyle głośno by bliźniak usłyszał mnie, a oprawcy nie.
  - Jadą, ale nie wiem czy trafią właśnie tu
  - Luke musimy wierzyć – spojrzałam na niego z poważną miną. Nie mogliśmy nie wierzyć. To był nasz jedyny ratunek.
  - Corin ?
  - Tak ?
  - Wiem, że ten moment nie jest idealny, nie romantyczny i w ogóle, ale czy zostaniesz moją dziewczyną ?
  - Luke nie myśl, że to koniec
  - Corin, a jeśli ?
  - Nie ma jeśli ci frajerzy zdążą muszą – Theo bez słów wyszedł, a my zostaliśmy z półnagim Trevorem.
  - Więc gołąbki… - zaczął i podszedł do mnie – … jakie plany na dziś ? Bo widzę, że z seksu nici – uśmiechnął się złośliwie. Podszedł do mnie i przykucnął przy mnie. Jego ręka ponownie dzisiejszego dnia powędrowała na moje uda i zaczęła wędrować po nim. Zagryzłam ze złości dolną wargę by nie powiedzieć czegoś co mogło by teraz go rozwścieczyć. Spojrzałam na Brooksa starając się uspokoić. Luke patrzył na mnie dziwnie pewien siebie. Puścił mi oczko dając tym pewność, że ma plan.
  - To jak skarbie, a może jednak ? – jego ręka wylądowała ekstremalnie blisko mojej kobiecości. Luke jak gdyby był jakimś supermanem wstał i łapiąc w dłonie krzesło zrobił zamach i uderzył w tył głowy chłopaka przez co w dość dwuznaczny sposób opadł twarzą na moje nogi. Krzesło roztrzaskując się na kawałki upadło w całości na ziemię, a Luke szybkim ruchem zrzucił ze mnie blondyna. Gdy ten leżał na ziemi szybko podszedł do niego z sznurami, którymi był związany i związał go tak jak wcześniej robił to nieprzytomny Trevor ze mną. Gdy Trev był mocno związany na ziemi Lu podbiegł do mnie i szybko zaczął mnie rozwiązywać. Ja pierwszą rzecz jaką zrobiłam było przytulanie się z całej siły do chłopaka. Potrzebowałam tego jak niczego innego. Chciałam go prostu przytulić i upewnić się, że jest tu ze mną i to nie złudzenie. Zarzuciłam ręce przez jego ramiona i przyciągnęłam całe ciało do siebie. Jedną dłoń zacisnęłam w pięść na jego włosach, a druga położyłam na karku. Zaciągnęłam się jego zapachem i bez powodu rozpłakałam się. Ten nawał emocji wypłynął ze mnie niczym woda z kranu. Luke objął mnie w talii najmocniej jak potrafił – przez co nie potrafiłam czasem złapać powietrza – i staliśmy tak chwilę. Odsunęłam się od niego i zetknęłam nasze czoła. Spojrzałam w jego oczy, które chwilę później spoczęły na moich ustach by kilka sekund później połączyć je ze swoimi. Może minął jeden dzień, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że stęskniłam się za jego ustami. To co wydarzyło się przez te kilkanaście godzin uświadomiło mnie w tym, że Lukey jest mi bliski. Bardzo bliski i dzień bez niego jest dniem zmarnowanym. Jego usta atakowały moje, a ja własnowolnie oddawałam się. Wiem, że to co przeżyłam dziś powinno mnie odrzucić od wszelkich czułości ze strony płci męskiej, ale to był Luke nie Trevor. Luke był tym, któremu mogłam oddać wszystko co miałam i być pewna, że nie robi tego dla mojego stanu konta, a dla mnie.

  Wtulona w Luke’a usłyszałam strzał za drzwiami. Podskoczyłam na sam dźwięk wystrzału. Odsunęliśmy się od drzwi. Luke szybko ściągnął z siebie bluzkę widząc jak bardzo trzęsę się z zimna i podniósł z podłogi kawałek nogi krzesła do obrony. Nie mieliśmy nic więcej. Szybko założyłam na siebie bluzkę chłopaka i stanęłam za nim. Osłaniał mnie, gdy staliśmy za drzwiami. Powoli zaczęły się otwierać. Usłyszałam kroki kilku osób. Widzieliśmy ich cienie. Na dworze zaczynało świtać przez co można było ujrzeć, że stoją tam cztery osoby. Ciarki mnie przeszły kiedy pomyślałam, że to koledzy nieprzytomnego chłopaka leżącego na ziemi, ale po chwili przyglądania się cieniom stwierdziłam, że nasza odsiecz przybyła trochę późno. Luke wyczuwając moment kiedy chłopcy weszli trzasnął drzwiami i z początkowo postawą na „polującego człowieka pierwotnego” przywitał chłopaków. Sekundy później rozpoznał ich.
  - Luke! Corin ! – Beau krzyknął. Podbiegł do mnie i mnie przytulił – Boże martwiłem się.
  - Uważajcie jest tylko nieprzytomny i przy okazji związany – pokazałam na Trevora odsuwając się od przyjaciela.
  - Spokojnie nie obudzi się przez jeszcze godzinę – James sprawdził w jakim stanie jest blondyn.
  - Spadajmy stąd – Luke podszedł do mnie i objął mnie. Ja odruchowo wtuliłam się w niego.
  - Chodźcie – Jai wyprowadził naszą dwójkę i ruszyliśmy do samochodu Brooksów. Jai prowadził, a ja z drugim bliźniakiem siedziałam przytulona na tylnych siedzeniach. W drugim samochodzie jechała reszta. Gdy samochód wyjechał z tego przeklętego lasu poczułam gigantyczną ulgę.  


_______________________________

Powiem wam jedno : Nienawidzę swojego zdrowia. Od środy chodzę i pociągam nosem, kicham i kaszlę w dodatku ledwo co mówię. Sama nie wiem czy to wina deszczu czy tego, że moja posrana klasa otwiera okna na ościerz, gdy osoby siedzące pod nimi stanowczo tego odmawiają. Tak to ja jestem tą osoba pod oknem. Szybko łapie choroby i nie mam ochoty chodzić jak to właśnie robię, ale ta banda idiotów i półmózgów myśli, że jak zarechota jak koń to będzie super. Szkoda mi do nich słów. Choć poza tymi minusami jest jeden plus. W środę byłam na Dary Anioła: Miasto Kości. Najcudowniejszy film 4Ever + Zajebiste ciacha w postaci Jamie Campbell Bowera, Kevina Zegersa ( którego wielbię od kilku dobrych lat ) i Roberta Sheehana ( który jest taki boski, że kituję w dodatku idelanie zagrał w Killing Bono )

Dziękuję ci Klaudia za to, że poszłaś ze mną. 

Dobra wracajmy do bloga. 

Co sądzicie o takim rozdziale ? 
Chciałam opisać gwałt Trevora, ale końcowo zdecydowałam się na wkurzoną Corin i nieprzyjemnie potraktowane krocze. 
Dokonałam dobrego wyboru? 

+ Dziękuję za 7 komentarzy. To jak dotychczas największa ilość i naprawde czytając wasze komentarze robi mi się tak miło, że ni umiem tego opisać 

++ Może chcecie być informowani? 
Niestety 2 osoby zmieniły na TT nick przez co nie mogę ich informować, ale może jest ktoś jeszcze chętny ? Piszcie ja nie gryzę ;)

Ok well. To chyba wszystko. Do napisania ♥

poniedziałek, 9 września 2013

Chapter 28


   *POV Luke*

      Złość rozpierała mnie od środka przez co między innymi nie potrafiłem otworzyć drzwi czy włożyć kluczyk do stacyjki. Rzuciłem nimi kiedy to kolejny raz nie potrafiłem trafić. Z bezsilności do moich oczu napłynęły łzy.
  - Kurwa! – uderzyłem pięściami o kierownicę i zakryłem je. Musiałem się opanować inaczej zamiast pomóc Cors mogłem rozbić się na pierwszym lepszym drzewie.
  - Luke! – usłyszałem głos matki. Tego teraz było mi najmniej potrzeba by słuchać jej kazań. Szybko zgarnąłem kluczyki z podłogi i z piskiem opon ruszyłem z podjazdu domu. Starałem się kontrolować oddech. Do mojej głowy ponownie tego dnia zaczęły napływać myśli co ten psychopata może z nią zrobić. Bałem się, że mogę się zgubić, pomylić drogę lub nie zdążyć. Starałem się za każdym razem je odrzucać. Nie mogłem dopuścić do siebie tego, że ona może być skrzywdzona. Nie potrafiłem znieść jej płaczu co dopiero pozwolić komuś ją zranić. Jeszcze nie byliśmy parą, a ja nie potrafię jej obronić. To by było równoważne z tym, że gdy uda nam się być razem może być gorzej. Jadąc samochodem zakręcałem tak, by dostać się do lasu, który – jak miałem nadzieję – był tym, gdzie kiedyś jeździłem z braćmi i przyjacielem. Próby by odtworzyć daną trasę jednak mnie zawiodły. Jedyne miejsce gdzie natrafiłem jadąc tak jak mówiła mi pamięć było kompletnym odludziem ogrodzonym z każdej strony. Typowa wybijalnia kangurów. Jedno z znienawidzonych przeze mnie miejsc. Kochałem te zwierzęta, a one były okrutnie mordowanie z zimną krwią. Gdyby miał jakiś na to wpływ dał bym te broń tym zwierzętom, a nie łowcom. Widząc jednego panicznie skaczącego przed siebie wyobraziłem sobie przerażoną teraz Corin. Co musiała teraz przeżywać sam na sam z tym szaleńcem. Szybko zawróciłem z miejsca i ruszyłem w powrotną drogę.

      Po kilku próbach odnalezienia miejsca sugerując się jedynie pamięcią postanowiłem skorzystać z mapy. Wiem jestem bardzo bystry. Mogłem to zrobić już na początku. Ale nie dziwcie się. Jest godzina 5 nad ranem i mój mózg coraz wolniej pracuje przez co efekty są takie jak widać. Wyciągnąłem rękę do schowka by wyciągnąć mapę Melbourne. Wziąłem także mazak by zakreślić nim najkrótszą drogę do potencjalnego lasu. Choć szczerze to u nas było kilka nie zbyt imponujących rozmiarów. Jesteśmy w końcu w Australii tu mamy tysiące kangurów, a nie miliony imponujących lasów*. Spojrzałem na kawałek papieru i od razu zauważyłem drogę, która przypominała mi tę z dzieciństwa. Zaznaczyłem mazakiem ją, położyłem na fotelu obok i ruszyłem. Strasznie bałem się, że coś znowu pomyliłem. Czasu było coraz mniej, a ja błądziłem bez sensu po ulicach, o których istnienia nie wiedziałem.

   *POV Beau*

  - Luke znikł! – krzyk brata wybudził mnie ze snu. Szybko stanąłem na równe nogi i wybiegłem niczym oparzony z pokoju. Nie potrafiłem uwierzyć, że ruszył bez nas.
  - Luke!
  - Przecież mówię, że go nie ma! – Jai oburzył się cały czerwony ze złości chociaż znając go sądzę, że najzwyczajniej w życiu popłakał się. Muszę przyznać miał słabe nerwy i był strasznie emocjonalny i nie tak odważny jak reszta, ale kochaliśmy go i nie było opcji, żeby to nas poróżniło.
  - Musimy go poszukać – James powiedział szybko cały roztrzęsiony.
  - Myślisz, że go znajdziemy ? – Skip jak zwykle wyskoczył ze swoim brakiem optymizmu.
  - Zawsze możemy spróbować – Yammouni wzruszył ramionami.
  - A może do niego zadzwonimy ? – wyskoczyłem przerywając im. To był pierwszy pomysł, który przyszedł mi do głowy. Byłem pewien, że wziął ze sobą telefon. Innego wyjścia nie było bo był do niego przyklejony 24h. Wyciągnąłem z kieszeni spodni telefon i wybrałem numer brata. Pierwszy sygnał, drugi …
  - „Halo ?” – Usłyszałem jego zdenerwowany głos. Czułem, że tak będzie, ale wciąż dziwiło mnie to, że pojechał bez nas.
  - GDZIE KURWA JESTEŚ!? – musiałem dać upust swojemu zdenerwowaniu. Może nie było to na miejscu bo krzyk tu nic nie wskóra, ale nie umiałem inaczej.
  - „Po pierwsze nie wydzieraj się, po drugie w lesie. Obserwuję domek, do którego rodzice Trevora nas kiedyś zabierali. Ten przydupas Theo stoi przed nim. Tam musi być Corin” – Jego nadzieja w głosie była wyczuwalna. On w to po prostu wierzył i to mu wystarczało. To jak Corin go zmieniła można było wyczuć na odległość milion kilometrów, a on po prostu się zakochał.
  - Luke zostań tam i czekaj na nas – w tle usłyszałem jakiś krzyk. Przez moje ciało przeszły mnie ciarki. Ten głos przypominał mi głos Corin. Tam działo się coś złego.
  - „Nie mogę czekać. Ona też nie” – Rozłączył się. Pobiegłem na podjazd, ale samochodu nie było. Przecież Luke go wziął – ukarałem się w myślach i spojrzałem w kierunku domu.
  - Skip samochód!
  - A gdzie … Dobra! – chciał powiedzieć „ wasz”, ale przypomniał sobie, że Luke zniknął. Biegiem ruszyliśmy pod dom Sahyounie. Wpakowaliśmy się całą czwórką do samochodu i ruszyliśmy z piskiem opon.

   *POV Luke*

      Wysiadłem z samochodu, gdy rozpoznałem drogę. Zamknąłem auto i ruszyłem pieszo, aby się nie zdemaskować. Kiedy byłem już w miarę blisko domku zadzwonił mi telefon.

  - Halo ? –
  - „GDZIE KURWA JESTEŚ!?” – Beau jak zwykle musiał się na mnie wyładować. Na święta ma zagwarantowany worek treningowy.
  - Po pierwsze nie wydzieraj się, po drugie w lesie. Obserwuję domek, do którego rodzice Trevora nas kiedyś zabierali. Ten przydupas Theo stoi przed nim. Tam musi być Corin – zacisnąłem pięść ukrywając się za stertą kawałków drewna ustawionych jeden na drugim. Lekko wychylałem co chwila głowę by sprawdzić czy ten idiota nie idzie się odlać czy coś. W końcu kiedyś musi, a ja wykorzystam to by go obezwładnić.
  - „Luke zostań tam i czekaj na nas” – Usłyszałem krzyk już nie mogłem czekać, aż ten baran ruszy swoją zasraną dupę, tylko musiałem ruszyć do akcji. Wybiegłem zza kupki drewien i rzuciłem się na Theo z pięściami. Zacząłem uderzać go gdzie tylko potrafiłem. Krzyki dziewczyny ustały, a ja jak w jakimś transie nie potrafiłem przestać wyżywać się na chłopaku. W pewnym momencie poczułem uderzenie w tył głowy. Straciłem przytomność.

   *POV Corin*  

      - Skarbie teraz będzie i mnie i tobie dobrze – Trevor sięgnął do paska i zaczął go powoli rozpinać. Moje przerażenie z sekundy na sekundę robiło się coraz większe. Wszystkie mięśnie się spinały, a ja starałam się uwolnić od sznurów ciągnąc je z całej siły. Jednak to nic nie dawało. Byłam związana zbyt mocno by mieć jakiekolwiek szanse na uwolnienie się. Zaczęłam dławić się płaczem. Tak bardzo Nie chciałam tego doświadczyć. Miałam nadzieję, że to zwykły koszmar i zaraz obudzę się na łóżku Beau lub na podłodze, ponieważ chłopcy zrobili mi kolejny głupi żart. Zaczęłam bełkotać coś przeplatając to z krzykiem, gdy chłopak zbliżał się do mnie pozbawiając siebie, a następnie mnie ubrań. Leżałam już w samym staniku i majtkach, gdy usłyszałam krzyk na zewnątrz domu. Czułam w środku, że to chłopcy. Wiem, że to może głupio zabrzmieć, ale nie chciałam by Trevor je usłyszał. Co mogło równać się z dalszymi jego krokami, ale przynajmniej uratowaliby mnie. Skończyło by to się i mogłabym wrócić z nimi do domu. Do Belli. Do Giny. Do Taty. Chłopak niestety usłyszał to. Założył spodnie na siebie i zostawił mnie związaną w samej bieliźnie na łóżku.

   *POV Luke*

      Obudziłem się przywiązany do jakiegoś krzesła. Zacząłem się szarpać, ale poskutkowało to jedynie silnym uderzeniem w brzuch.

  - Nie wierć się Brooks. Nic ci to nie da – usłyszałem głos Trevora. Był wypełniony taką pewnością siebie i cholerną radością, że mnie złapał. Byłem na straconej pozycji, ale przynajmniej teraz wiedziałem co ten skurwiel w danym momencie robi. Dodatkowo chłopcy tu jadą, więc ten horror niedługo może się skończyć. Jedyne co mnie męczyło to poczucie, że chłopcy mogą najzwyczajniej w świecie zgubić się tak jak ja to zrobiłem. Wtedy bylibyśmy straceni. Nie mogłem tak myśleć. Oni musieli zdążyć i tyle.
  - Gdzie Corin ?! – wydarłem się na całe pomieszczenie ponownie szarpiąc się. Nie mogłem pokazać, że boję się go, a związanie mnie oznaczało, że właśnie tak było. Inaczej nie związywał mnie i zmierzył się ze mną sam na sam.
  - Czeka na mnie. Nawet nie wiesz jak seksownie wygląda w samej bieliźnie – W tym momencie złość jeszcze bardziej we mnie wzbierała jak on mógł jej to chcieć zrobić ?! Jak mógł być, aż takim skurwielem ?! On nie jest pojebany! On jest chory psychicznie! Jak on może w ogóle myśleć o takim czymś jak seks z nią! Dobrze wiem, że dobrowolnie by mu się nie oddała. To jest Corin. Grzeczna, skryta w sobie, kulturalna i cicha Corin Garson. Ona się całować boi, a co dopiero uprawiać seks! Rozumie, że jest seksowna i w ogóle, ale to nie oznacza, że ona może robić z nią to co mu się podoba! Starałem się rozerwać sznury na moich rękach z jeszcze większą siłą, ale to dalej nic nie dawało. Chłopak stał i patrzył na mnie z dumą, po czym ruszył do pokoju łapiąc za klamrę z paska i zniknął za drzwiami sypialni.
  - Trevor frajerze! – wykrzyczałem na całe gardło. Teraz mogłem tylko robić jedno: Prowokować go słowami. Nie miałem już innej broni. Czułem się taki bezsilny słysząc kolejny raz jej krzyków. To łamało moje serce, ale równocześnie dodawało mi siły by jakoś się uwolnić. Zacząłem wykręcać nadgarstki w każdą stronę. Sznury powoli ustępowały. Ledwo co się uwolniłem, a już oberwałem w głowę. Kolejny raz straciłem przytomność.  

   *POV Beau*    

  - Tam skręć ! – pokazałem Danielowi kolejny zakręt, który zbliżał nas do tego przeklętego lasu. Zaczęło powoli się rozjaśniać, a my byliśmy w połowie Horroru. Z każdą sekundą miałem coraz to gorsze odczucia, że Luke wpadł, że Corin została zgwałcona lub co najgorsze, że mogą oboje nie żyć i właśnie być zakopywani gdzieś w środku lasu, gdzie nikt ich nie znajdzie

  - Zatrzymaj się! – krzyknąłem kiedy minęliśmy drzewo, które dobrze pamiętałem. Na nim złamałem pierwszy raz nogę. Tego nie można zapomnieć.
  - Co jest ?!
  - To tutaj – powiedziałem do chłopaka, a ten zgasił silnik i wyszliśmy. Zamknął samochód i ruszyliśmy do domku – Chłopcy sprzęt – wyciągnąłem zza paska spodni podręczny pistolet i cicho starając się nie deptać po patykach ruszyłem za stos drewnianych klocków. Najlepszy punkt obserwacyjny. Gdy w domku rozległ się trzask załadowałem pistolet i strzeliłem Theo – przybocznemu przydupasowi Trevora – w ramię. Ten padł na ziemię z jękiem, a my wkroczyliśmy do akcji. Mam nadzieję, że nie za późno.


*Jeśli mylę się co do lasów - które nie wiem czy wg istnieją w Melbourne - to wybaczcie mi, ale nie znam się zbytnio na Melbourne. Wiem tyle ile dam rade wyczytać.

Co sądzicie o takim rozwinięciu w akcji ?
Wiem. Nie jest to kolejne love story, jest tu akcja kryminalna i w ogóle, ale właśnie taki miałam zamiar zakładając to opowiadanie.
A właściwie to jak sądzicie ? Chłopcy zdążyli czy wpadli za późno ?

+ Mam małą prośbę, jeśli podoba wam się to opowiadanie to czy moglibyście polecić je znajomym ? Byłabym wdzięczna. Sama staram się je zareklamować jak największej ilości osób, ale w pojedynkę tego nie wygram ;)

Dziękuję, że czytacie to opowiadanie i do napisania ♥      






sobota, 7 września 2013

Chapter 27


*POV Corin*

  - Dzień Dobry ponownie – ten głos przyprawił mnie o dreszcze. Uniosłam głowę i ujrzałam twarz blondyna. Jego słodki i niewinny uśmiech przemienił się teraz w szaleńczy i nieobliczalny grymas. Oczy, które jeszcze kilka tygodni temu hipnotyzowały swoja nieskazitelnością teraz były podkrążone, zaczerwienione i rozbiegane. Wyglądał fatalnie. Jego włosy nie były już ułożone tak jak kiedyś lekko zaczesane na prawą stronę i zadbane, były poszarpane i sądząc po ich wyglądzie od co najmniej tygodnia nie miały kontaktu z wodą i szamponem. Ubrania miał brudne, potargane. Wyglądał jak typowy ćpun. Wiem, że wcześniej ćpał i palił używki, ale jego obecny stan był milion razy gorszy od typowego ćpuna.
  - Co ty tu robisz ? – Odsunęłam się od niego przerażona. Nie chciałam być blisko niego. Po prostu się go bałam.
  - Oj skarbie nawet nie przywitasz się ? – rozłożył ręce i zaczął się do mnie zbliżać. Każdy jego krok były jak moje dwa lecz na moje nieszczęście pusta powierzchnia za mną skończyła się, gdy plecami dotknęłam ściany. Przerażenie przechodziło na coraz to wyższe poziomy powodując mimo wolny płacz – skarbie nie płacz – złapał mnie za ramiona i zbliżył usta do mojego ucha - Teraz będzie ci lepiej – złapał mnie za ramie i pokazał na drzwi ewakuacyjne. Zaprzeczyłam ruchem głowy. Chłopakowi widocznie się to nie spodobało, gdyż zaczął mnie pchać od tyłu ręką.
  - Zostaw mnie! Pomocy! – krzyknęłam. Nagle do moich pleców został przystawiony zimny pistolet. Wszystkie mięśnie momentalnie się spięły.
  - Albo idziesz, albo giniesz skarbie – moje nogi ruszyły jak na komendę. Stawiałam krok za krokiem nie wypuszczając ani słowa z ust.

  - To tu skarbie – drzwi samochodu zostały otwarte, a Trevor nie kontrolując swojego uścisku złapał mnie za ramię i wyciągnął z całej siły z samochodu. Jednak zrobił to zbyt mocno i wypadłam na żwir kalecząc sobie dłonie i kolana. Byłam w jakimś lesie. Dopiero teraz mogłam dowiedzieć się gdzie jestem. Chłopak zasłonił mi oczy jakąś szmatą bym nie widziała gdzie jedziemy i dopiero teraz odsłonił mi je. Czułam na sobie jego wzrok. Szybkim ruchem podniosłam się i stanęłam prosto. Nie trzymał mnie, więc starałam się nie wzbudzać podejrzeń moim obmyślaniem planu ucieczki. Chłopak spojrzał na samochód zamykając drzwi, a ja wykorzystałam moment by spróbować jednej z nielicznych szans, które dał mi los.

      Biegłam ile sił w nogach wciąż mając za sobą Trevora krzyczącego, że i tak mu nie ucieknę. W pewnym momencie zaczęło brakować mi tchu, ale nie mogłam zatrzymać się nawet na sekundę ponieważ mógłby mnie wtedy złapać. Biegłam między drzewami starając się nie potknąć o korzenie, patyki czy jakieś niesforne kawałki roślin rosnących tutaj. Schylałam się, gdy gałęzie były na mojej wysokości. Nawet nie wiedziałam gdzie biegnę po prostu biegłam przed siebie z nadzieją, że wybiegnę na jakąś ulicę. Wtedy miałabym już połowę sukcesu za mną. Bo gdzie ulica, tam samochody. Wiem, że nie zawsze przejeżdżają, ale może los nie byłby dla mnie, aż tak surowy i dał jakiś samochód, który by się zatrzymał by udzielić mi pomocy. Biegłam kolejne minuty, a siły coraz bardziej opuszczały moje ciało. Las nie był dla mnie tak wyrozumiały bym mogła znaleźć w nim jakąś ulicę czy dróżkę uczęszczaną przez ludzi. Czułam się coraz słabiej, a mógł bieg przerodził się w trucht. Chłopak był jednak bardziej wytrzymały i wykorzystał to. Gdy złapał mnie w pasie straciłam przytomność. Nie miałam już kontaktu ze światem. Odpłynęłam.

      Obudziłam się przywiązana rękoma i nogami do krzesła. Moje usta były zakneblowane przez jakąś skarpetkę, która no niestety nie pachniała, ani nie miała najprzyjemniejszego smaku. Starałam się ją jakoś wypluć, ale nie potrafiłam. Żadne starania wypchnięcia jej językiem nie dały wymaganych efektów. Usłyszałam kroki i starałam się udawać, że wciąż się nie obudziłam jednak nic to nie dało.
  - Widzę, że obudziłaś się kochanie. Na co ci to było ? I tak byś trafiła ze mną do tej pięknej i romantycznej chatki – Nie no to ci się Trevor udało. On nazywał czymś romantycznym drewniany domek, który w 2/3 wyglądał jak menelowisko. Wygląd zewnętrzny potrafił dać człowiekowi złudzenie, że środek jest równie słodki i uroczy, ale w środku naprawdę było brudno, śmierdziało, a w powietrzu utrzymywał się zapach używek i alkoholu. Spojrzałam po pomieszczeniu. Po lewej były jakieś drzwi, tak samo po mojej prawej stronie. Na pewno jedne z nich były wyjściowymi. Przynajmniej tak musiałam zakładać bo przecież któreś na pewno. Chłopak stanął obok mnie i schylił się. Do moich nozdrzy dobiegł zapach alkoholu i zioła, które zapewne chwilę temu jeszcze palił. Zrobiło mi się od tego nie dobrze. Może wcześniej miałam z tym zapachem kontakt, ale nigdy w tak wielkiej dawce i źródło nigdy nie było tak blisko mnie.  
  - Skarbie będzie nam tu razem dobrze – zaczął całować mnie po szyi, a jego ręka zaczęła niebezpiecznie wędrować ku mojej kobiecości. Mocno ścisnęłam uda starając się nie dopuścić go w moje prywatne strefy. Moje oczy rozszerzyły się na samą myśl co by się stało, gdyby jego dłoń mogła zrobić to na co miał ochotę. Starał się ręką rozchylić bardziej nogi. Gdy mu się to nie udawało odsunął się ode mnie kończąc tym samym swoje pocałunki. Spojrzał na mnie.
  - Kotku dlaczego nie ? – Nic nie odpowiedziałam. Jedynie spojrzałam na niego złowrogo i chwilę po tym obróciłam twarz w prawo patrząc na okno. Chciałam by pojawiła się tam czyjakolwiek twarz. Żeby ta osoba weszła do domku i mnie uratowała. Jednak nie to było mi pisane. Usłyszałam mocne pukanie do drzwi.
  - Poczekaj myszko – chłopak chwiejnym krokiem ruszył do drzwi. Otworzył je, a na jego ustach pojawił się gigantyczny uśmiech.
  - Cześć Trevor! – nie rozpoznałam głosu. Chociaż skąd bym miała ? Nie znałam znajomych blondyna i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mało o nim wiem. Praktycznie tyle co nic. Dobrze w miarę opowiedział mi swoją historię, ale to nie to samo co znać kogoś takiego jakim jest teraz. Niedawno było mi go tak bardzo żal. Teraz jedynie mnie obrzydza. Nie wierzę, że kiedyś mogłam sobie wyobrazić to jakby nam było dobrze w przyszłości. Nam po prostu nie byłoby dobrze. Nigdy. To tak bardzo nierealne. Teraz jedyną osobą o jakiej mogłam pomyśleć w taki sposób był Luke, ale wątpię, że w ogóle coś z tego będzie bo pewnie ten psychopata zabawi się ze mną i zabije, gdy zacznę się stawiać. Do moich oczu napłynęły łzy na samą myśl o Lu. Przy nim czułam się kochana, a straciłam to w kilka sekund. Od tak po prostu bo Trevor zapragnął zniszczyć naszej szóstce życie. Nie rozumie jaką miał korzyść w niszczeniu im i mnie życia? Dobrze, on swoje zniszczył, ale to nie jest powód! Tak bardzo zapragnęłam mieć Brooks teraz przy sobie. Powiedzieć mu co do niego czuję. Zrobić rzeczy, które marzyłam by zrobić w przyszłości i dzielić się swoim szczęściem właśnie z nim.

  - To ona ? – Zza drzwi wyszedł mulat. Z włosów miał zrobione dredy. Jego wygląd nie był w aż tak złym stanie jak Trevora. Jego ubrania były w miarę całe i czyste. Jego za duże o parę rozmiarów spodnie były wypchane w kieszeniach zapewne „towarem”. Uśmiechnął się. W jego uzębieniu można było zauważyć parę ubytków. Podszedł do mnie i pewny siebie wpił się w moje usta, a jego ręka powędrowała na moją prawą pierś. Zaczęłam się szarpać i w każdy możliwy sposób blokować mu dostęp do moich ust. Jego uścisk zacieśnił się, gdy próbowałam go od siebie odsunąć wiercąc się na krześle.  
  - Niezła – odsunął się ode mnie – Trevi może mogę ? – poruszył brwiami uśmiechając się.
  - Poczekaj na swoją kolej – może nie mówili o tym otwarcie, ale doskonale wiedziałam, że chcieli mnie zgwałcić. Ich oczy obleśnie mierzyły moje ciało. Chciałam zniknąć. Nie być w tym momencie w tym miejscu. Być gdziekolwiek. „ To nie koncert życzeń„ jakby to powiedział Beau. Tak bardzo brakowało mi teraz jego przemądrzania się i zgryźliwych uwag. Chociażby jego stwierdzenia, że jestem sztywna. Mogę być tak bardzo sztywna jak on tylko zachce tylko niech mnie stąd uwolni.
  - Trev nie bądź samolubem
  - Theo ona jest moja
  - Nie bądź taki
  - ONA JEST MOJA – wysyczał groźniejszym tonem przez zęby. Strasznie mu zależało by być pierwszym. Mi zależało by nie był w ogóle. Ani pierwszym, ani drugim, ani żadnym innym. Nie chciałam go czuć. Nie chciałam widzieć. Podszedł do mnie.

  - Theo wiesz po co tu jesteś ?
  - Tak – Theo kiwnął głową i wyszedł z domku. Teraz bynajmniej wiedziałam gdzie są drzwi wyjściowe. Musiałam teraz jedynie znaleźć jakąkolwiek sytuację by uciec. Takich teraz było mało. Byłam związana i pod stałą kontrolą. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy, gdy poczułam jak rozwiązuje sznury i wsuwa ręce pod moje ciało by mnie unieść. Musiałam to wykorzystać. To była moja jedyna szansa na wolność. Jedyna szansa by nie dotknął mnie w ten sposób.

  - Trevor proszę nie rób tego
  - Skarbie, ale dobrze wiesz, że potrzebuję tego i ja i ty
  - Nie ja tego nie chcę – zaczęłam płakać. Nie potrafiłam przestać. Nikt by w tym momencie nie potrafił. To był moment, w którym poza swoją wiedzą ktoś dokonał decyzję o straceniu mojego dziewictwa. Czegoś co było najważniejsze dla dziewczyny. Coś co powinnam oddać chłopakowi, którego kocham.

  - Chcesz – wpił się w moje usta. Musiałam to zrobić. Z całej siły uderzyłam go w twarz. Chłopak jęknął przez co jeszcze bardziej zacisnął ręce na moim ciele. Powtórzyłam czynność tym razem z pięści w szczękę. Chłopak upuścił mnie na podłogę. Szybko wstałam i kopnęłam go w krocze. Zwinął się trochę, ale tym jeszcze bardziej postawiłam się na straconej pozycji. Szybko wyprostował się i złapał moje ręce. Obrócił mnie do siebie tyłem i poczułam jak związuje je. Popchnął mnie w kierunku drzwi, które – jak zakładałam – prowadziły do improwizowanej sypialni. Pomijając butelki i inne „przybory” do ćpania meble i wygląd przypominały sypialnie. Popchnął mnie z całej siły na łóżko i związał moje nogi. Nadszedł moment, który myślałam, że uda mi się pominąć i nie przeżyć. Niestety myliłam się.  


___________________________

Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale wczoraj spała u mnie kasztanek, a dziś byłam na urodzinach ojczyma i wróciłam o godzinie 23 do domu. Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał i podzielicie się o nim opinią w komentarzach ♥

Do napisania ♥

czwartek, 5 września 2013

Chapter 26


  - Mina tego gościa bezcenna - zaśmiałam się, gdy wyszliśmy z pizzerii. Chłopcy ciągle robili z siebie idiotów. Rzucali w siebie resztkami z pizzy i dodatkami, które ściągali z ciasta. Wyglądali jak świnie wypuszczone z chlewa. Myślałam, że nie można być bardziej brudnym, ale chyba jednak można było. Jai nie patrząc pod nogi potknął się i wywrócił wpadając w błoto. Mistrzu przebiłeś siebie. Wpadłam w atak śmiechu, który za nic nie potrafiłam powstrzymać. Zwinęłam się stojąc i śmiałam się na cały głos.
  - Boże ! Ja z wami .... nie ... nie ... nie umie! - jąkałam się przez śmiech. Mięśnie brzucha po chwili zaczęły mnie niesamowicie boleć ponieważ przez tych imbecyli cały czas miałam takie napady.
  - Jai aka pizda - James skomentował, a Daniel podał rękę Jaiowi.
  - Oj no nie bądźcie tacy, przecież każdy ma prawo się opiździć - sam zaczął się niesamowicie głośno dołączając tym do naszej grupki " debilnych głupawek". Jai z resztą po chwili nieudanego FOCHA (bez tłumaczeń typu " Fachowe obciąganie chuja") dołączył do nas. Wszystko było by pięknie, gdyby nie to, że przez ową głupawkę zachciało mi sie do ubikacji.
  - Chłopcy ja nie umie. Musze siku - krzyżując nogi podczas chodu - oczywiście wywołując tym śmiech u Janoskians aka idiotów - ruszyłam spowrotem do pizzerii. Uśmiechnęłam się do kelnerki, która nas obsługiwała i robiąc większe kroki weszłam do jednej z kabin.

      Po załatwieniu swoich potrzeb fizjologicznych podeszłam do lustra by poprawić się. Przez śmiech pod moimi oczami znalazły się spore ilości tuszu więc musiałam szybko naprawić swój makijaż. Tusz i błyszczyk poszły w ruch by przywrócić moją twarz do stanu "człowiek". Kilka muśnięć na rzęsach i ustach i wyglądałam przyzwoicie by móc pokazać się ponownie ludzkości nie przyprawiając ich o zawały lub masowe samobójstwa spowodowane moim wyglądem. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia, schowałam kosmetyki do kosmetyczki, a następnie plecaka i wyszłam trzymając go w ręku. Telefon schowałam jak zwykle do kieszeni lecz, gdy chciałam wyjść z części typowo "sanitarnej" ktoś zagrodził mi drogę.
  - Dzień dobry ponownie

*POV Beau*

  - Nie no rozumie, że jest dziewczyną, ale ile ona może w kiblu siedzieć - jęknąłem czekając z chłopakami kolejne pięć minut na Corin, która wyszła do ubikacji i wciąż nie wracała. Rozumie to dziewczyna ma te swoje babskie potrzeby jak makijaż, porządna higiena itd., ale 15 minut w łazience to jest już przesada.
  - Jak ci coś nie pasi to idź po nią - Skip powiedział leżąc na chodziku
  - A żebyś wiedział ! - krzyknąłem i wszedłem do lokalu od razu bez żadnych zahamowań kierując się do damskiej łazienki. Jednak zanim tam doszedłem zauważyłem koło gaśnicy plecak dziewczyny. Zaalarmowany złapałem go i ruszyłem do łazienki. Otwierałem kabina po kabinie ( swoją drogą na szczęście były puste ) i w żadnej nie było dziewczyny. Wybiegłem z pomieszczenia i ruszyłem na salę. Tam również jej nie było. Zrobiło mi się gorąco, a w głowię się zakręciło. Nigdzie jej nie było. W mojej głowie przeskakiwały najgorsze scenariusze. Od porwania, poprzez gwałty i zabójstwo. Obiecałem jej, że będzie bezpieczna, że nic się jej nie stanie, że wszystko będzie dobrze, a w zamian tego ona zniknęła i nie wiedziałem gdzie jej szukać. Wybiegłem z restauracji. Nie było jej z chłopakami. Wziąłem do ręki telefon i zadzwoniłem na jej telefon. Jeden sygnał, drugi, nic. Zadzwoniłem ponownie. Sytuacja się powtórzyła. Dziewczyna nie odebrała. Wybrałem szybko numer nieobecnego z nami bliźniaka. Jeden sygnał, drugi ...
  - "Halo ?"
  - Luke jest z tobą Corin ?
  - "Nie, co się stało ?"
  - Zniknęła - rozłączyłem się nie potrafiłem powiedzieć czegokolwiek. Ostatnia iskierka nadziei zniknęła jak światło świecy. Zawiodłem. Upadłem na kolana i pomimo tego, iż nigdy, ale to przenigdy nie pokazywałem nikomu, że poza dobrym humorem i zboczonymi myślami miałem także wrażliwą stronę, zacząłem płakać. Po prostu pozwoliłem łzom by spływały po moich policzkach. Byłem bezradny. Nie wiedziałem co robić. Nie wiedziałem gdzie jest. Jak ją uratować. Ona była jedyną dziewczyną, która była ze mną tak blisko. Była moją jedyną przyjaciółką.

      Wibracje w mojej kieszeni nie ustawały. Brat nie chciał odpuścić, a reszta wraz ze mną rozdzieliła się by móc przeszukać okolicę. Musieliśmy coś znaleźć co pomoże nam znaleźć dziewczynę. Pomimo tego, że poszukiwania były dokładne nic nie dały. O 1 w nocy wróciliśmy do domu. Nikt nie chciał spać. Wszyscy byli tak zmotywowani do poszukiwań, że nawet nie chcieli siedzieć.
  - Chodzeniem i wkurwianiem się jej nie znajdziemy! - Jai krzyknął na cały dom. Wszyscy usiedliśmy na kanapach.
  - Musimy przemyśleć wszystkie opcje gdzie mógł ją wziąć - wziąłem głos i wstałem. Zaczęliśmy wymieniać miejsca gdzie mógł ją wywieźć. Zapewne zrobił to by zdobyć więcej pieniędzy. Nie mógł jej nic zrobić ponieważ stracił by na jej cenie. Bałem się jedynie tego, że zwróci się do jej ojca, a ten będzie nas za to winić. Dobrze wszyscy wiemy, że była to nasza wina. Pozwoliliśmy jej się do nas zbliżyć i wciągnąć w to gówno, ale nie są nam teraz potrzebne inne problemy. Musimy ją znaleźć. 

  - Chłopcy musimy iść spać - Jai wstał - nie pomożemy Corin ledwo stojąc na nogach. Jutro rano sprawdzimy stary magazyn na obrzeżach. Często tam siedzi - ruszył do pokoju. My poszliśmy w jego ślady i położyliśmy się tam gdzie się dało. Ja ruszyłem do swojego pokoju, a James i Daniel rozłożyli kanapę. Luke? Zniknął po naszych naradach.

 *POV Luke*

     Zdenerwowany ruszyłem do ogrodu, gdy brat skończył mówić o tym co mamy robić. Nie miałem najmniejszej ochoty kłaść się spać. Nie teraz, gdy nie wiedziałem gdzie jest Cori. Spojrzałem na koc i to wszystkie rzeczy, które były naszykowane dla nas na ten wieczór. Gdyby nie to, że Trevor porwał Corin bylibyśmy zapewne teraz parą. Najszczęśliwszą parą świata. Podszedłem powoli do tego wszystkiego i usiadłem na kocu. Wyglądała by pięknie w tym świetle – moje myśli robiły się coraz bardziej miękkie. Kiedyś nie pomyślałbym tak, ale dziś? Teraz jest wszystko inne. Przed poznaniem dziewczyny olalibyśmy kolejną spłatę i zapewne niedługo bylibyśmy totalnie wmieszani w to gówno. Ale ona była jak deska ratunku. Uratowała nas. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Była z nami wiedząc co robiliśmy. Oczywiście była przez krótki czas na mnie wściekła, ale nie z powodu naszych błędów, a przez moją głupotę. Przez mój strach przed straceniem jej. Ona nas chciała uratować, a w zamian za to została porwana. I nikt nie wie co się właściwie teraz z nią dzieje. Miałem jedynie nadzieję, że ten skurwiel jej nie dotyka bo jeśli dowiem się, że choć jedna część jej ciała została dotknięta przez jego zaćpane i gówniane ręce, obiecuję, jak tu teraz siedzę, że ten skurwiel nie będzie miał czym płodzić potomstwa. Złapałem telefon i spojrzałem na ekran. Żadnych nowych połączeń i wiadomości. Czułem się taki bezsilny. Chciałem być jej aniołem stróżem. Być z nią zawsze i nie pozwolić by stała jej się żadna krzywda. Nie udało się. Załamany położyłem się na kocu myśląc, które miejsce z podanych przez chłopców najbardziej się nadawało. Magazyn, który mieliśmy jutro sprawdzić nie nadawał się zbytnio na potencjalne miejsce, w którym chłopak by mógł zamknąć dziewczynę. Z resztą żadne z miejsc, o których wspominali się nie nadawało. Przecież Trevor nie byłby taki głupi by zamknąć ją w piwnicy lub jego mieszkaniu. W pobliżu są ludzie, a oni zapewne prędzej czy później usłyszeli by krzyki Cors. 

  - Myśl Luke – uderzałem się w czoło mając nadzieję, że to jakoś pomoże mi wymyśleć miejsce gdzie dawny przyjaciel mógłby się stoczyć bez czyjejkolwiek świadomości. Tak dawny przyjaciel. Gdy byliśmy młodsi i nie znaliśmy Daniela i Jamesa przyjaźniliśmy się z Trevorem. Był normalny i całkiem zabawny. To dzięki niemu odkryliśmy nasze zamiłowanie do żartów. Później coś się zepsuło. Złamało. Poszliśmy do innych szkół. Trevor do szkoły dla bogatych dzieciaków, a my do rejonowej. Niestety nie mieliśmy wyjścia. Nie wszystkie dzieciaki w Melbourne są tak bogate jak Corin. Mama wychowywała z pomocą dziadków mnie i dwójkę moich braci. Ledwo wiązała koniec z końcem, ale było nam dobrze. I w tym momencie nasza przyjaźń jakby się skończyła. Poznaliśmy Skipa i Jamesa. Zaraziliśmy ich swoim zamiłowaniem do wygłupów i rozpoczęliśmy naszą przygodę z Janoskians. Przeszukiwałem zakamarki swojej pamięci z nadzieją na jakikolwiek pomysł, podejrzenie, coś. Przemierzałem swoje dzieciństwo kiedy wpadłem na pomysł o domu w lesie. W wieku 9 lat rodzice blondyna zabrali naszą czwórkę do owego domku. Słabo pamiętałem drogę, ale wiedziałem, że muszę tam iść. To mogło być jedne z miejsc, w którym prawdopodobnie Trevor mógł przetrzymywać dziewczynę. Było to totalne odludzie. Nikt nie usłyszałby jej krzyków, ani nie byłby tak odważny by podejść i zobaczyć co się dzieje. Wstałem i omijając dom wskoczyłem do samochodu. 

________________

Przepraszam, że tak długo nie dodawałam, ale miałam jakąś awarię z internetem i nie mogłam wejść na nic. Wczoraj z nudów napisałam rozdział + obejrzałam sobie " Monte Carlo ". Może był komputer, ale nie zdajecie sobie sprawy z tego jak bardzo boli brak internetu. To tak jakby ktoś zamknął wam okno na świat i przyjaciół. 

Jak myślicie co się dzieje z Corin ? 
Luke i chłopcy ją znajdą i uratują ?
Co będzie dalej ?

Czekam na wasze opinię i do napisania ♥

niedziela, 1 września 2013

Chapter 25

        Usiadłam na krawężniku i zaczęłam się rozglądać czy ktoś nie podjeżdża do naszej "myjni". Była godzina 17 i jak znam życie już nikt nie przyjedzie.
  - Zbieramy się ? - oparłam się o ramie Luke'a
  - Zimno ci ? - objął mnie chociaż sam ciepły nie był. Wszyscy razem z Veronicą byliśmy mokrzy co do nitki. 
  - Nie, tylko wydaje mi się, że nikt już nie przyjedzie i robi się ciemno - wstałam i podeszłam do Ver.
  - Dzięki za pomoc to widzimy się pojutrze ? - tak nasz plan to pracować póki nie uzbieramy na zmyślone odsetki Trevora. Wzięłam ręcznik, wytarłam się na tyle, ile można było i ruszyłam do domu dziewczyny by przebrać się. Gdy stałam w samej bieliźnie drzwi się otwarły.
  - Przeszkadzam ? - Lukey stanął w drzwiach uśmiechnięty. Zaczynam się go bać. Niedługo wejdzie mi do ubikacji po to, żeby spytać się czy nie przeszkadza! Nie przeszkadzały mi te pocałunki i jego potrzeby seksualne, ale za bardzo naciskał na te tematy u mojej osoby. Ja narazie dążyłam do związku, a nie uprawiania seksu dzień i noc. Może myślał, że własnie to tak będzie działać? Zero zobowiązań i seks każdej nocy ? Sama nie wiem. Z tego co go znam taki nie jest, ale wszystko może sie zdarzyć.

*POV Luke*
  - Przeszkadzam ? - uśmiechnięty wszedłem do łazienki. Nie chciałem jej wystraszyć tym lub wyjść na zboczeńca. Dziewczyna uśmiechnęła się i powróciła do wcześniejszej czynności, jaką było uberanie się w suche ubrania. Podążyłem w jej ślady i zrzuciłem z siebie mokre spodenki by zastąpić je suchą parą czarnyh shortów.
  - Luke ! - jęknęła Corin podnosząc mokre spodnie z ziemi 
  - Słucham ? - wstała i pokazała mi przed twarzą mokrą bluzkę 
  - Miałam ją założyć, a innej nie mam 
  - Jedź w mokrej 
  - I będę chora - chwytając za tylną część koszulki ściągnąłem ją z siebie i podałem dziewczynie 
  - To wiesz moją 
  - To ty będziesz chory
  - Skarbie nie rób niepotrzebnych problemów - zamknąłem jej usta swoimi by nie mogła się juz mi sprzeciwić. Ale jedno muszę przyznać była słodka i prześliczna, gdy się złościła. Na jej czole pojawiała się malutka zmarszczka, a jej bujne brwi tworzyły jedną, która rozbawiała mnie. Jej usta zaczynały wtedy tworzyć wąską linię. Dziewczyna sprawiała tym, że miałem ochotę pocałować ją, dotykać. Jednym słowem podniecał mnie jej gniew - Po prostu załóż - zamknąłem jej drobną dłoń wkładając wcześniej do niej koszulkę, która jeszcze przed chwilą znajdowała się na moim ciele. Odebrałem jej mokre rzeczy i stałem czekając, aż założy ją. Chciałem tak bardzo zobaczyć ją w mojej koszulce. Zakładając ją mówiła, że znaczę coś dla niej i jestem jej. Wiem, że powinienem już dawno spytać się ją czy chciała by być moją dziewczyną, ale strasznie boję się tego, że gdy tak się stanie to coś między nami coś rąbnie, albo Trevor wykorzysta to. Wolałem, gdy byliśmy w takim stanie jak teraz. Bezpiecznym dla mnie i dla niej, a także chłopców. 
      Gdy dziewczyna stała już w koszulce, która sięgała jej do połowy uda wyszliśmy z domu do przebranych już chłopaków.
  - Będę wujkiem ? - Skip wyszczerzył się jak zwykle robiąc z siebie debila.
  - Fuck Skip zjebałeś niespodziankę - złapałem się za głowę i obróciłem - a takiego wała - zaśmiałem się - nie 
  - Jebaj się Brooks - odpowiedział mi na żarty
  - Jedynie z tobą Sahyounie - podszedłem do niego i poczochrałem mu włosy. 
  - Brooks czyżby to zachęta ? - złapał mnie pod rękę
  - Zawsze

* POV Corin*

      Patrzyłam na poczynania ze śmiechem, ale gdy weszli w krzaki i zaczęli wydawać dość dziwne dźwięki wystraszyli mnie. Ja naprawde myślałam, że oni tam uprawiają seks! 
  - Chodź - Beau złapał mnie za ręke i pociągnął w kierunku ich domu. Pomachałam Ver i razem z Jaiem i Jamesem ruszyliśmy dość szybkim krokiem. Naszym zamiarem było zrobienie im na złość i ucieknięcie od nich. 
  - Jestem głodny idziemy jeszcze na pizze ?
  - Jasne - uśmiechnęłam się i ruszyliśmy całą czwórką do pizzerii.

*POV LUKE* 

  - Dobra poszli 
  - Co ? - wstałem szybko i zacząłem się rozglądać. Corin i reszty nigdzie nie było. 
  - Zaraz Romeo słuchaj 
  - No słucham co jest ? Szybko muszę ich dogonić
  - Co jest między tobą, a Cors?
  - Sam nie wiem. Ja coś do niej czuję ona do mnie chyba też - wzruszyłem beztrosko ramionami
  - Więc co cię powstrzymuje ?
  - Przed czym ?
  - Przed taką jedna regułką, którą zaczyna się związek
  - O to ci chodzi - pokiwałem głową - Skip nie uważasz, że to zły moment na rozpoczęcie związku ?
  - A kiedy będzie odpowedni ? 
  - Nie wiem 
  - Właśnie. Chłopcy wzięli ją do pizzerii, a ty masz ogródek do dyspozycji - wstał i odbiegł ode mnie zostawiając samym z tym wszystkim. Czy oni właśnie starali na mus się związać mnie i Cori? Wyszedłem z krzaków i szybkim krokiem ruszyłem do domu. Musiałem coś na szybko wymyśleć, a na moje nieszczęście mama była do dwódziestej pierwszej w pracy. Oczywiście jest szczęście w nieszczęściu bo przynajmniej nie będzie zadawać żenujących pytań takich jak opisywanie Cor ( choć dobrze ją znała ) i wypytywanie jak chce ją o to zapytać. Gdy dotarłem do domu miałem jako tako obmyślany plan. Nie miała to być kolacja typu stolik itd. Zwykły koc rozłożony koło hamaku i kilka małych światełek na ziemi. Nie chciałem ryzykować z ogniem. 

      Rozłożyłem koć na ziemi. Szybko poprawiłem koszyk, w którym schowałem kanapki, truskawki w czekoladzie ( z tego co mówiła Corin to jej ulubiony owoc ) i dwie szklanki do soku brzoskwiniowo - jabłkowego. Wiem nie byłem zbytnio oryginalny, ale dziewczyna poszła z chłopakami do pizzerii więc zapewne nie będzie zbytnio głodna. Odeszłem kilka kroków w tył by ocenić wyglad miejsca, które chciałem by wyglądało idealnie. 
  - Gotowe - westchnąłem - Teraz czekać, aż wróci - usiadłem na hamaku i patrząc na dom zacząłem wyobrażać sobie minę brunetki.

__________________________________

Trochę krótki jak na tak długą nieobecność, ale niestety dziś byłam u ojczyma, a wczoraj byłam w kinie na This Is Us. Film ? NIESAMOWITY! Mam ochotę na więcej. Czułam się dość dziwnie w towarzystwie Larry Shippers i ogólnie Directioners ponieważ jestem Elounor Shipper i wolę The Wanted od One Direction, ale dla mnie nie trzeba być Directioner by iść na film. Co do osób na sali jedynie mój rząd bawił się i wgl. To była porażka. Wszyscy cisza i siedzieli, a my śpiewałyśmy tańczyłyśmy na siedzeniach i co tylko można było robić. 

Dobra odbiegłam od bloga. 

Jak myślicie jaka będzie reakcja Corin ? 
Skip i chłopcy dobrze zrobili stawiając Lukeya pod murem i zmuszając go w pewien sposób do podjęcia decyzji o początku związku ?
Wszystko będzie teraz cudownie ?

Czekam na opinię i do napisania ♥